Potrzebna strategia zarządzania wilkami

Wystąpienie prof. Henryka Okarmy na konferencji poświęconej strategii zarządzania wilkami zorganizowanej we wrześniu 2026 r. w sejmie
Wystąpienie prof. Henryka Okarmy
Fot. ADP

Konferencja „Wilk – między prawem, nauką a praktyką”, zorganizowana 15 września w sali kolumnowej sejmu przez Komisję Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa (KOŚZNiL), miała szansę na sporą frekwencję parlamentarzystów. W związku z przyśpieszeniem o jeden dzień rozpoczęcia posiedzenia większość z nich była jednak zmuszona wybrać prace komisji, w których zasiadają. W spotkaniu, które zwróciło uwagę na problem braku strategii zarządzania wilkami, poza nielicznymi przewijającymi się posłami uczestniczyli za to m.in. przedstawiciele ZG PZŁ i NRŁ oraz Lasów Państwowych, GDOŚ i GIOŚ, a także ZKwP, samorządowcy, myśliwi oraz rolnicy.

Swój pierwotnie zapowiedziany udział w konferencji odwołała nowo powołana wiceminister klimatu i środowiska, główna konserwator przyrody Urszula Zielińska (Zieloni). Zbojkotowali ją natomiast reprezentanci środowisk, które opowiadają się za zachowaniem wilczego status quo. Część z nich otrzymała zaproszenia (m.in. prezes Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” dr hab. Sabina Pierużek-Nowak), ale nie poproszono ich o wygłoszenie referatów z powodu ograniczeń czasowych, które pozwalały tylko na trzy prezentacje. Oburzone tym grono naukowców i aktywistów znanych z otwarcie deklarowanej niechęci do myśliwych skierowało więc do marszałka Włodzimierza Czarzastego (Lewica) list protestacyjny w sprawie konferencji „dotyczącej statusu prawnego wilka”.

Kojot odwraca uwagę od meritum

Żeby jednak być precyzyjnym, wystąpienia konferencyjne koncentrowały się wokół potrzeby stworzenia strategii zarządzania wilkami, z którymi skala konfliktu wciąż narasta, a najlepiej wiedzą o tym hodowcy. Jak ponadto zauważył prof. Henryk Okarma, w ramach żądania pluralizmu administratorzy profilu SdN „Wilk” na Facebooku, na którym nagłośniono informację o proteście, uniemożliwili komentowanie swojego posta. Rolę naukowca w jego treści sprowadzono przy tym do reprezentowania interesu Polskiego Związku Łowieckiego, w tym przewodniczenia Komisji Naukowej Naczelnej Rady Łowieckiej. Pierwszego akurat Henrykowi Okarmie zarzucić nie sposób, a drugie jest nieprawdą (choć nazwisko profesora wciąż widnieje w witrynie NRŁ). Autorzy wpisu zapomnieli natomiast choćby o tym, że profesor jest przedstawicielem IOP PAN w Krakowie oraz zasiada w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody, na równi z częścią sygnatariuszy protestu, którzy tą właśnie afiliacją zostali dla wzmocnienia autorytetu podpisani.

Czy to nie zakrawa na manipulowanie przekazem? Byłoby to dużo poważniejsze niż nagłośniona m.in. przez prof. Rafała Kowalczyka z Instytutu Biologii Ssaków PAN, członka PROP oraz przewodniczącego Komitetu Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN, dość niefortunna, ale mało znacząca pomyłka sekretariatu KOŚZNiL. Na grafice ilustrującej agendę konferencji zamiast wilka pojawił się kojot w zimowym futrze – na usprawiedliwienie zaznaczmy, że na wykorzystanym ujęciu cechy gatunkowe akurat nie rzucały się w oczy. Zaliczono brzemienną w medialnych skutkach wpadkę. Wynikała ona jednak z dobrej woli i wcale nie umniejszyła merytorycznej warstwie wygłoszonych referatów. W odróżnieniu od fali dezinformujących treści, rozkolportowanych w związku z feralnym zdjęciem, które zakłamywały rzeczywisty cel oraz przebieg konferencji i intencjonalnie dyskredytowały zarówno przewodniczącą KOŚZNiL Urszulę Pasławską (PSL), jak i prelegentów. Szum informacyjny wywołany przez szanujących się naukowców, prowilcze organizacje, media, a nawet parlamentarzystów, odsunął na drugi plan poważną tematykę, nad którą się pochylono. Dlaczego inspiratorom tej nagonki aż tak bardzo zależy na odwróceniu uwagi od sedna omawianego problemu?

Wilk w Europie ma się coraz lepiej

Konferencję otworzyła i poprowadziła Urszula Pasławska, a referaty wygłosili kolejno ekspert ds. europejskiej polityki środowiskowej, społeczny dorada Europejskiej Federacji Łowieckiej FACE Jarosław Kuczaj, wspomniany już prof. Henryk Okarma oraz zastępczyni wójta gminy Sorkwity Iwona Kropiwnicka wraz z hodowczynią bydła rasy Limousine z tego terenu Moniką Szymańską.

Referat wygłasza ekspert ds. europejskiej polityki środowiskowej, społeczny dorada Europejskiej Federacji Łowieckiej FACE Jarosław Kuczaj
Fot. ADP

Kuczaj dowodził, że sytuacja wilka poprawia się w całej Europie, a wynika to jednoznacznie z danych cyklicznie raportowanych przez państwa członkowskie. Przedstawił też pokrótce drogę do złagodzenia statusu tego gatunku w dyrektywie siedliskowej ze ściśle chronionego na chroniony, co stanowi zasadniczą różnicę dla państw zachodniej części naszego kontynentu (przypomnijmy, że nie miało to wpływu na status wilka w Polsce). Wcale nie zapoczątkowało tego procesu głośne zagryzienie kucyka przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen. Działania w tym kierunku państwa członkowskie zainicjowały sporo wcześniej. Czas na transpozycję przyjętych zmian do ustawodawstwa poszczególnych krajów upływa 15 stycznia 2027 r. Polska nie musi nowelizować żadnych przepisów, ale zadeklarowała przy okazji utrzymanie ścisłej ochrony wilka.

Kuczaj podkreślał, że zmiana statusu drapieżnika na szczeblu części państw członkowskich nie eliminuje silnych mechanizmów zabezpieczających dyrektywy siedliskowej. Najlepszym przykładem jest tutaj Szwecja. KE oraz szwedzkie sądy zakwestionowały obniżoną wartość referencyjną populacji wilka (z 300 do 170 osobników), co spowodowało wstrzymanie zaplanowanego na ren rok odstrzału 48 drapieżników. Do zarządzania populacją na mocy złagodzonych unijnych regulacji wciąż konieczny jest monitoring oraz spełnienie bezwzględnego wymogu utrzymania korzystnego stanu zachowania gatunku (ang. favorable conservation status, FCS).

Na marginesie – Polska za ostatni okres raportowania, tj. lata 2019–2024, określiła stan populacji wilka na 1,8–2,8 tys. osobników. Do tej wartości będzie się odnosić wszelkie dyskusje na temat gatunku prowadzone na szczeblu KE. Dla porównania, we wcześniejszej sześciolatce przy mniejszym zasięgu występowania wilków podano 1,9 tys. osobników. Dobrze więc chociaż, że populacja nareszcie osiągnęła dobry stan zachowania w regionie kontynentalnym, czyli na większej części kraju.

Kuczaj omówił także wybrane rozwiązania z zakresu zarządzania gatunkiem w Europie, wskazując te, na których moglibyśmy się wzorować. Wspólnym mianownikiem w każdym przypadku jest współpraca wszystkich interesariuszy w gromadzeniu danych i dążenie do uzyskania szerokiej akceptacji stron dla podejmowanych działań. Zazwyczaj pomaga w tym transparentnie prowadzonemy monitoring. Niestety, jak pokazuje ton debaty na naszym krajowym podwórku, jest to podejście obce osobom i organizacjom nie dopuszczającym żadnych zmian w statusie wilka.

Brak wiarygodnych danych

Profesor Okarma stwierdził bez ogródek, że ostatni raportowany do KE, wspomniany wyżej przedział liczebności wilków w Polsce, nie ma oparcia w twardych danych naukowych. Jest on jedynie oszacowaniem, choć możliwie najlepszym, dokonanym przez eksperta na podstawie dostępnych cząstkowych danych. Nie przeprowadzono, bo nie przyznano na to środków finansowych, przewidzianej obowiązującą metodyką monitoringu oceny liczebności wilków na wybranych powierzchniach badawczych metodą genetycznej identyfikacji osobników. Nie udało się też niestety zgromadzić środków na ten cel w ramach zbiórki fundacji Instytut Analiz Środowiskowych (zgromadzone pieniądze przeznaczono na wydanie broszury „Stop wilczej dezinformacji”, dostępnej do pobrania TUTAJ). Rezultatem monitoringu wilka jest więc jedynie rozpoznanie występowania gatunku. O liczebności populacji, która powinna być punktem wyjścia dla decyzji o zarządzaniu gatunkiem, nie wiemy w praktyce nic.

Wśród parlamentarzystów uczestnicżących w konferencji był zastępca przewodniczącego KOŚZNiL, poseł Paweł Sałek z PiS-u (z prawej)
Fot. ADP

Coraz bardziej skraca się przy tym dystans drapieżnika do ludzi i nie jest to straszenie, co podkreślał naukowiec, tylko stwierdzenie faktu. Co jednak ciekawe, sama PROP w stanowisku do nowelizacji ustawy o ochronie przyrody wprowadzającej możliwość płoszenia dużych drapieżników i żubrów kulami gumowymi, zakwalifikowała wilka na równi z niedźwiedziem jako zwierzę niebezpieczne I kategorii, które w szczególnych okolicznościach może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Czyżby to PROP straszyła społeczeństwo tym drapieżnikiem?

W Polsce, argumentował naukowiec, zamiast systemu zarządzania wilkami mamy związane z nimi dogmaty. O ciągłym zagrożeniu gatunku (opinia publiczna i zagorzali obrońcy wilka przegapili, że nawet Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody zmieniła jego status na najmniejszej troski), o odmienności Europy, która może pokojowo współistnieć z dużymi drapieżnikami, o wyjątkowości ekologicznej wilka czy wreszcie o konieczności jego ścisłej ochrony, w czym cześć naukowców i aktywistów wręcz się okopała. Tymczasem wilki zostały uratowane, a ich dalsza ochrona, choć nadal konieczna, to musi się opierać na zbudowaniu akceptacji wszystkich grup społecznych dla tego drapieżnika. Rozdawanie kart przez jedną stronę, jak ma to miejsce obecnie, nie doprowadzi do niczego dobrego. Pod tym względem zdaniem prof. Okarmy jesteśmy w złym miejscu ochrony gatunku.

Celem spotkania, co naukowiec precyzował w podsumowaniu, nie było nawoływanie do odstrzału wilków, tylko zwrócenie uwagi na skalę problemów związanych z brakiem strategii, która wiele z nich mogłaby wyeliminować. Na taki dokument powinny się złożyć pełen monitoring, wiarygodna inwentaryzacja i gotowe scenariusze działań. Za jedną z publikacji naukowych na łamach czasopisma „People and Nature” profesor przekonywał, że trzeba szukać rozwiązań promujących współwystępowanie oraz godzić potrzeby ochrony gatunku i hodowli zwierząt poprzez zarządzanie adaptacyjne, współtworzone przez interesariuszy, oparte na danych naukowych. Pewnym rozwiązaniem na początek byłaby zmiana reżimu ochrony wilka w Polsce na częściową. Przeniosłoby to kompetencje w zakresie odstępstw od czynności zabronionych, w tym eliminacji osobników problemowych, na szczebel regionalnych dyrekcji ochrony środowiska. To z kolei mogłoby znacznie przyśpieszyć niektóre procedury i skrócić czas reakcji.

Lokalny punkt widzenia

Ważne wystąpienia miały wspomniane na początku Iwona Kropiwnicka i Monika Szymańska. Reprezentowały one Mazury, a zatem region, w którym  kres wytrzymałości rolników w związku z konfliktem z wilkami nie został jeszcze osiągnięty, a problem nie urósł do poziomu znanego choćby z Bieszczadów.

Iwona Kropiwnicka mówiła o obniżaniu się poczucia bezpieczeństwa zgłaszanym przez mieszkańców i hodowców. Sygnalizowała, że liczba formalnych zgłoszeń zdarzeń z wilkami, w tym zagryzień bydła i owiec, tylko do półrocza tego roku osiągnęła na terenie jej gminy poziom większy niż w całym rekordowym pod tym względem 2023 r. Domagała się pilnych rozwiązań i sugerowała, że należałoby rozważyć scedowanie części decyzyjności w zakresie wilków na samorządy lokalne.

Wystąpienie Moniki Szymańskiej, hodowczyni bydła z terenu gminy Sorkwity na Mazurach
Fot. ADP

Monika Szymańska zaprezentowała z kolei nagranie, na którym wilk w ciągu dnia zbliża się do stada krów mimo obecności i hałasu powodowanego przez człowieka. Zwracała uwagę, że odszkodowania za zabite bydło są niewystarczające. Nie rekompensują poniesionych nakładów ani nie pozwalają na odbudowę stad. Oburzenie budzi ponadto fakt, że koszty zabezpieczeń i ochrony przed pozbawioną kontroli, rozrastającą się populacją podlegających ścisłej ochronie drapieżników państwo przerzuca na hodowców. Dla odmiany myśliwi ponoszą pełną odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez gatunki łowne i angażują się w zabezpieczanie upraw.

Szymańska ubolewała także, że budzące nadzieje hodowców prace nad zmianą ustawy o ochronie przyrody, która miała znieść wyłączenie z rekompensat przypadków zabicia w nocy zwierząt pozbawionych pieczy rolnika oraz uwzględnić w ich kalkulacji utracony dochód utknęły w martwym punkcie.  

W kończącej konferencję dyskusji wybrzmiało z kolei ważne stanowisko ze strony niejako wywołanego przez obie panie PZŁ. Łowczy krajowy Eugeniusz Grzeszczak podkreślił, że myśliwi są do dyspozycji w działaniach związanych z zarządzaniem populacjami dużych drapieżników, ale oczekują rozwiązań prawnych, które jasno sprecyzują ich zadania.

Na drugim biegunie dyskusji znalazła się wypowiedź zastępcy generalnego dyrektora ochrony środowiska Anny Ronikier-Dolańskiej. System zarządzania wilkiem jej zdaniem, wprawdzie kiepski, ale jest. Można się co najwyżej zastanowić czy nie powinien zostać udoskonalony. GDOŚ jest otwarta na rozmowy. Urzędniczka wymieniła elementy tego systemu. Funkcjonuje całodobowy numer kontaktowy, pod którym w nagłej sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia ludzi i zwierząt może zostać wydane ustne zezwolenie na odstrzał gatunku chronionego (warto ten numer przypomnieć – odstrzał wilka na telefon: 669 660 648). Samych zezwoleń na odstrzał jest sporo. A że ich wykonanie utrzymuje się na niskim poziomie… Cóż, urzędnik musi jakoś obwarować swoją decyzję. Mamy nawet, chwaliła się Ronikier-Dolańska, sprawozdawaną przez GUS inwentaryzację wilków opartą od lat na jednolitej metodyce (sic!). To wprawdzie tylko szacunek, który w dodatku zawyża liczebność, zdaniem reprezentantki GDOŚ co najmniej dwukrotnie (dane za 2024 r. mówią o 5,1 tys. osobników), ale pozwala na wychwycenie wzrostowego trendu.

Zagryzione przez wilki cielę rasy Limousine. Wypłacane odszkodowania nie zwracają poniesionych nakładów, ani nie pokrywają utraconych korzyści
Fot. z arch. Moniki Szymańskiej

Oczekiwane przez hodowców szacowanie wartości utraconych korzyści byłoby zbyt skomplikowane, żeby je wdrożyć do praktyki. Dyrekcja w ramach kompromisu chce za to rozmawiać o określaniu wartości hodowlanej bydła i prowadzi już pod tym kątem analizy. Ronikier-Dolańska nie omieszkała także sprawy wilczych szkód zrelatywizować, argumentując że skala odszkodowań za te drapieżniki i tak jest niewielka w stosunku do kwot wypłacanych za bobry. Trudno jednak odnaleźć racjonalne powiązanie między zestawianiem danych dla tych dwóch gatunków.

Ochrona przyrody na kroplówce

O planach przeprowadzenia monitoringu trzech dużych drapieżników w ramach finansowanego z funduszy norweskich projektu „Wataha”, o którym mówiło się już przy okazji niedawnej sejmowej debaty nad niedźwiedziami, przypomniała Marta Rzemieniuk, dyrektor Departamentu Monitoringu Środowiska w GIOŚ. Działanie ma zostać przyśpieszone w stosunku do pierwotnego planu, który zakładał jego rozpoczęcie dopiero w 2028 r. Metodyka, jak przekonywała urzędniczka, będzie uzgodniona z zainteresowanymi stronami tak, żeby wyniki były akceptowalne społecznie. Trzeba przyznać, że ta deklaracja brzmi dość dwuznacznie. Rzemieniuk od razu zastrzegła przy tym, że populacja nie będzie dokładnie policzona, tylko oszacowana.

Jak się ponadto okazuje, GIOŚ boryka się z brakami na finansowanie obowiązkowego państwowego monitoringu środowiska. Trwają wprawdzie prace nad nowelizacją ustawy zwiększającą obecne limity środków na ten cel, ale nie ma jeszcze pewności czy uda się coś wskórać. Stan finansów publicznych i priorytety budżetowe nakazują duży sceptycyzm w tym zakresie. A bez wzmocnienia finansowania, jak konstatowała Rzemieniuk, za dekadę lub dwie podobne dysputy dotyczące strategii zarządzania będą toczone w odniesieniu do znacznie większej gamy gatunków.

Fundamenty systemu ochrony przyrody w Polsce są podtrzymywane na kroplówce zewnętrznych dotacji. I to jest zagadnienie, które powinno znaleźć się w optyce poważnych mediów i organizacji społecznych. Zamiast tego dały się aktywistom wmanewrować w kojota.