Z prawdziwym zdumieniem przeczytałem w ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” (nr 39/2026) artykuł Marka Rabija pt. Pomyleni z dzikiem. Rzadko zdarza się, aby w renomowanym czasopiśmie trafić na artykuł, którego autor nie tylko nie ma pojęcia o tym, o czym pisze, ale też zamiast argumentów daje upust emocjom.
Z tekstu wylewa się żółć, z którą autor wcale się nie kryje. Już na wstępie Rabij przyznaje, że nie rozumie myślistwa, czuje do niego wstręt, a ci, którzy się nim zajmują, zasługują jedynie na pogardę. Przy takim podejściu nie powinno dziwić, że dziennikarz nie zamierza obiektywnie potraktować podjętego tematu. Zarzuciłem autorowi, że kieruje się emocjami – oto kilka przykładów.
Donos na policję
Już na początku swoich wywodów publicysta jest oburzony tym, że na podkrakowskiej ścieżce spotyka „uzbrojonych facetów” i, co gorsza, poinformowana o tym policja nie chce interweniować. Ale właściwie dlaczego miałaby interweniować? Zdarzenie miało zapewne miejsce w obwodzie łowieckim pod Krakowem, dzierżawionym przez koło łowieckie, którego członkiem był zapewne myśliwy spotkany przez autora. Policjant miał więc rację, że myśliwy miał prawo tam przebywać.
Powstaje pytanie, dlaczego Rabij w ogóle zawracał głowę policji swoim telefonem. Sądząc z opisu zdarzenia, to on zaczepił myśliwego, a nie odwrotnie. Nic nie wskazywało na to, że myśliwy posiadał broń nielegalnie. Nie robił też niczego, co mogłoby zagrażać autorowi. O co więc chodzi? Jeżeli ktokolwiek zachował się tu nagannie, to Rabij, który z sobie wiadomych powodów postanowił wejść w konfrontację z Bogu ducha winnym myśliwym.
Nieznajomość prawa
Autor bierze się również za komentowanie prawa łowieckiego, którego nie tylko nie rozumie, ale też nie zna. Tak się składa, że jestem autorem dwóch monografii na ten temat, więc jest mi on bardzo bliski. Otóż nie jest prawdą, jak pisze autor, że „przedziwna logika polskiego prawa łowieckiego opiera się na domniemaniu prawa do polowania właściwie gdzie dusza zapragnie”. Nasz kraj jest podzielony na obwody łowieckie, przy czym wiele obszarów jest z nich wyłączonych – np. parki narodowe, rezerwaty czy tereny miast.
Obwody są wydzierżawiane przez państwo kołom łowieckim, które płacą czynsz dzierżawny i prowadzą na ich terenie gospodarkę łowiecką. Wypłacają też odszkodowania za szkody wyrządzane przez dzikie zwierzęta w uprawach. Tylko ich członkowie mogą tam polować. Słabością tego systemu jest to, że właściciele nieruchomości wchodzących w skład obwodów nie mają nic do powiedzenia na temat tego, komu obwód jest wydzierżawiany, ani nie otrzymują żadnej rekompensaty z tego tytułu. Tyle tylko, że tym problemem nie zajmują się ani Marek Rabij, ani omawiana przez niego nowelizacja ustawy łowieckiej.
Zgodnie z ustawą właściciel nieruchomości może złożyć oświadczenie zakazujące wykonywania polowań na swojej nieruchomości. Na jakiej podstawie autor sugeruje, że mało kto przejmuje się takimi wyłączeniami? Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, aby takie oświadczenie było ignorowane.
Alkohol i układ zamknięty
Takich gołosłownych twierdzeń, niepopartych żadnymi danymi, jest w artykule dużo więcej. Jaka jest np. podstawa twierdzenia, że myśliwym „z niepokojącą regularnością zdarza się ostrzelać czyjś dom”? Albo tezy, że większość myśliwych „zapędzona jakimś cudem na strzelnicę, miewa problem z trafieniem w cokolwiek”? No i wreszcie klasyka gatunku – teza Rabija o akceptacji alkoholu na polowaniach, co jakoby nie spotyka się z potępieniem w środowisku. Skąd on to bierze? To wszystko gołosłowne zarzuty nieprzystające poważnemu dziennikarzowi.
Autora boli, że szeregi myśliwych zasilają nowi członkowie. Ma jednak na to wytłumaczenie: „liczą na profity ze znajomości z miejscową elitą, która spotyka się na polowaniach”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia autora na temat myśliwych ukształtowała się pod wpływem filmów takich jak Układ zamknięty Ryszarda Bugajskiego, przedstawiających sytuację z okresu poprzedniego ustroju. Te czasy dawno minęły i jeśli chce się o tym pisać, warto się najpierw doinformować!
Dziennikarz powołuje się na badania, według których aż 78% społeczeństwa uważa, że polowania dla rozrywki powinny być zabronione, a jednocześnie 55% uznaje, że praca myśliwych jest potrzebna do ochrony pól uprawnych i zachowania równowagi gatunków w przyrodzie. Tyle tylko, że te 55% nie zdaje sobie sprawy, że jeśli pozbawi się myśliwych możliwości czerpania przyjemności z polowania, przestaną się nim zajmować i nie będzie komu chronić pól, ani utrzymywać równowagi gatunków. Można oczywiście sprowadzić łowiectwo do służby wykonującej określone zadania państwowe, ale wtedy nie mówimy o myśliwych amatorach, lecz o funkcjonariuszach wykonujących zadania państwa. Ze wszystkimi tego konsekwencjami: etatami, wyposażeniem i umundurowaniem. To, co dzisiaj robią myśliwi amatorzy, będą robić zawodowcy. W praktyce okaże się, że będą to w większości te same osoby. Pytanie tylko, czy nas na to stać.
Być jak Karol
W końcowej części artykułu autor sugeruje, że są pewne kwestie, które mogłyby łączyć myśliwych i ekologów. Tak tłumaczy tytuł swojego artykułu, wzywając ekologów, aby „nie mylili z dzikiem” potencjalnych sojuszników. Jako przykład podaje króla Karola III, który jest zapalonym myśliwym, a jednocześnie jednym z największych orędowników ochrony przyrody. Konstatuje jednak, że w polskich realiach takie połączenie brzmi jak bajka o żelaznym wilku. Ale dlaczego? Niedoinformowany autor nie ma pojęcia o wielu wysiłkach na rzecz ochrony przyrody podejmowanych przez polskich myśliwych – choćby o reintrodukcji bobrów czy walce o odrodzenie populacji zwierzyny drobnej (zajęcy i kuropatw).
Postulat znalezienia przestrzeni, w której myśliwi i ekolodzy mogliby współpracować, jest oczywiście słuszny. Dziwi tylko, że pada on po tym, jak na trzech stronach autor wyśmiewa i oczernia myśliwych! Pierwsza zasada dyplomacji stanowi, że jeśli chce się z kimś współpracować, trzeba okazać mu choćby trochę szacunku.
Podsumowując, muszę z żalem stwierdzić, że tekst Marka Rabija to nie dziennikarstwo, lecz czysta demagogia.