Przeczytasz w 6 minut

Śmiertelny atak niedźwiedzia obnaża dysfunkcję systemu ochrony przyrody

Śmiertelny atak niedźwiedzia obnaża dysfunkcję systemu ochrony przyrody

Do śmiertelnego ataku niedźwiedzia doszło 23 kwietnia br. na Podkarpaciu. To był nieszczęśliwy wypadek, który mimo wszystko obnaża dysfunkcję polityki ochrony przyrody. Zdarzenie kładzie się cieniem w szczególności na obecnym Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz kierującej resortem Paulinie Hennig-Klosce, wobec której podczas najbliższego 56. posiedzenia sejmu będzie głosowany wniosek o wyrażenie wotum nieufności. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to konsekwencja zaniechań kilku poprzednich rządów. Racjonalnego i sprawnie działającego systemu zarządzania dużymi drapieżnikami jak nie było, tak nie ma i niestety nie zanosi się na zmianę.

Codzienność z niedźwiedziami

Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w lakonicznym komunikacie przekazanym w dniu zdarzenia za RDOŚ w Rzeszowie poinformowała, że wstępne informacje potwierdzają śmierć kobiety na skutek obrażeń doznanych „w wyniku kontaktu z niedźwiedziem”. Nie omieszkano przy tym nadmienić, że Gmina Bukowsko, na terenie której doszło do zdarzenia, „dotychczas nie występowała o zezwolenie na płoszenie niedźwiedzi ani na odstrzał”. Było to ewidentnie przezorne szykowanie gruntu pod przerzucenie odpowiedzialności.

Do ataku doszło w okolicy wsi Płonna. To teren dzierżawiony przez  KŁ „Jarząbek” w Sanoku. Kobieta wraz z dorosłym synem zbierała zrzuty w zwartym kompleksie leśnym, wprawdzie o powierzchni nieco ponad 2 tys. ha, ale położonym w granicach polnego obwodu łowieckiego, któremu daleko do miana optymalnego siedliska bytowania niedźwiedzi. Żadne to dzikie ostępy, jak głoszą niektóre media, chyba że z perspektywy mieszczucha. Teren jest chętnie uczęszczany zarówno przez przyjezdnych, jak i okolicznych mieszkańców, a poszkodowani nie byli zbłąkanymi turystami poza szlakiem, tylko miejscowymi, którzy znali dobrze okolicę, korzystali z tego co daje las i siłą rzeczy dzielili go z dużymi drapieżnikami. Jak ustalono w trakcie wizji lokalnej, podczas obchodzenia młodnika kobieta miała krzyknąć, że biegnie na nią jeleń, a za chwilę, że to jednak niedźwiedź, który szybko się zbliżył, śmiertelnie uderzył ją łapą i pobiegł dalej. Syn nie był tego bezpośrednim świadkiem. Ta wersja nie potwierdza szerzonych domysłów o samicy z młodymi. – Dużo tutaj niedźwiedzi i ludzi. Śmiertelny wypadek był nieunikniony, prędzej czy później musiało do niego dojść – kwituje jeden z naszych rozmówców.

Z granicy zwartego zasięgu występowania niedźwiedzi napływa coraz więcej zgłoszeń o aktywności tych drapieżników w otoczeniu człowieka. – Spotkania z niedźwiedziami lub śladami ich bytowania to dla nas codzienność. Od kilku lat w obwodzie „Jarząbka” bytuje na stałe kilka osobników, pojawiają się duże, stare samce. W zeszłym roku mieliśmy niedźwiedzicę z trzema młodymi. Wiemy o tym sąsiedztwie i nauczyliśmy się współżyć. Zdarzało się, że niedźwiedź kogoś pogonił, ale do tej pory nie doszło do ataku – mówią miejscowi myśliwi, którzy zastrzegają anonimowość. – Nie ma jednak wątpliwości, że niedźwiedzi jest tutaj za dużo i cały czas ich przybywa, młode osobniki migrują dalej na północ, zapuszczają się w okolice Krosna, Przemyśla, Dubiecka czy Dębicy, gdzie nie ma zwartych kompleksów leśnych – dodają.

Grupa interwencyjna

Nieco ponad miesiąc temu szumnie zainaugurowano projekt, którego celem jest ochrona niedźwiedzia oraz poprawa bezpieczeństwa mieszkańców Podkarpacia, współfinansowany w kwocie 13,6 mln zł (w okresie do końca 2029 r.) ze środków unijnych. Wypadek w Płonnej stanowi bolesną, ale dosadną recenzję tego konceptu. Jego praktyczny sprawdzian nastąpi zaś zapewne podczas tegorocznej majówki, kiedy tłumy turystów ruszą na bieszczadzkie szlaki. Okazja do zrobienia selfie z niedźwiedziami, które penetrują obszary zabudowane podobnie jak dziki warszawskie osiedla, nadarzy się pewnie nie raz.

Kiedy w Rzeszowie inaugurowano powyższy projekt, po drugim czytaniu w sejmie była już usilnie forsowana przez GDOŚ oraz MKiŚ mimo prawnych wątpliwości nowelizacja ustawy o ochronie przyrody, dopuszczająca użycie amunicji z gumowymi pociskami jako dodatkowego narzędzia odstraszania niedźwiedzi. Taka amunicja ma się pojawić na wyposażeniu członków powoływanej „specjalistycznej grupy interwencyjnej”, która jeszcze nie zaczęła działać – ruszyła dopiero machina przetargowa na zakup jej wyposażenia. Co ciekawe, wspomniana nowelizacja została zaproponowana przez Polskę 2050 jeszcze przed burzliwym rozpadem tego ugrupowania, a przedstawicielka dotychczas nieprzychylnych myśliwym wnioskodawców Elżbieta Burkiewicz uzasadniając proponowane regulacje nagle dostrzegła potencjał oraz kompetencje członków PZŁ do wsparcia systemu ochrony przyrody.

Sejm przyjął zmianę ustawy o ochronie przyrody i kilka innych z nią powiązanych 17 kwietnia br. Raczej mało kto z osób bardziej zorientowanych łudzi się jednak, że rozwiąże ona problem (o ile przejdzie przez senat i podpisze ją prezydent). Prędzej należy się spodziewać, że okaże się bolesną, oby również politycznie lekcją. Dlaczego? – Ktoś musi wreszcie odważnie powiedzieć, że na terenie Podkarpacia nie może być tak licznych populacji wilków i niedźwiedzi, nie ze względu na konkurencję z myśliwymi, ale bezpieczeństwo mieszkańców i turystów. Niedźwiedzie nie schodzą do zabudowań, bo nie mają co jeść w lesie, tylko szukają nowych terytoriów na przegęszczonym terenie – mówi jeden z naszych rozmówców, myśliwy, który również zastrzega swoje personalia. – To sprawa RDOŚ, nie PZŁ. Mamy zakaz wypowiadania się na ten temat – kwituje z kolei nemrod związany z organami PZŁ zapytany o ocenę sytuacji związanej z niedźwiedziami na Podkarpaciu.

Zagorzałym krytykiem „projektu niedźwiedziowego” jest poseł Andrzej Zapałowski (Konfederacja), wykładowca akademicki nauk o bezpieczeństwie. Zbiegiem okoliczności dwa dni przed atakiem drapieżnika wystosował do Regionalnego Konserwatora Przyrody w Rzeszowie pismo z apelem o natychmiastowe podjęcie działań w celu ograniczenia zagrożenia mieszkańców Podkarpacia ze strony wilków i niedźwiedzi, uczulając jednocześnie na ryzyko poniesienia odpowiedzialności z tytułu art. 160 Kodeksu karnego, który precyzuje konsekwencje narażenia ludzi na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Choćby z tego powodu sprawa niedźwiedzia z Płonnej przez organy ochrony środowiska nie raz zostanie zapewne odwrócona ogonem.

Niechciane strategie

Warto przypomnieć, że niedźwiedź brunatny był jednym z gatunków, dla których w ramach projektu koordynowanego przez SGGW w Warszawie, a dofinansowanego ze środków unijnych, już w 2011 r. przygotowano propozycję krajowego programu ochrony. Podobnie jak pięć pozostałych napisanych wtedy strategii (wilk, ryś, wydra, kormoran, żuraw),  opracowanie dotyczące niedźwiedzia nie spotkało się z przychylnością organów decyzyjnych i spoczęło w urzędniczych szufladach. Temat programów przygotowanych wówczas przez niezależne zespoły naukowców regularnie jednak powraca, bo przecież skala konfliktu z gatunkami podlegającymi ochronie rośnie. Był wałkowany również w latach 2014–2015, kiedy obecny dyrektor Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska Piotr Otawski zasiadał w fotelu głównego konserwatora przyrody Mikołaja Dorożały. Dziś obaj w imię ślepo wyznawanego ekologizmu poddają system ochrony przyrody kolejnemu testowi odporności.

Wina za aktualne problemy rozmywa się na kilka instytucji. MKiŚ permanentnie brnie w unikanie za wszelką cenę wdrożenia planu zarzadzania populacją drapieżników w Polsce – nie liczymy ich, nie redukujemy osobników problemowych, udajemy, że wszystko jest dobrze. GDOŚ z kolei nie kwapi się, aby przeznaczać istotne środki na zabezpieczanie mienia przed tymi zwierzętami, odmawia zgody na eliminację problemowych niedźwiedzi, a jeśli nawet zgodę wydaje, to jest ona obwarowana wieloma warunkami utrudniającymi jej realizację. Gdy zaś tylko zaszumią aktywiści, urzędnicy wycofują się z własnych decyzji. Na samym końcu mamy RDOŚ, który odpowiada wyłącznie za wypłatę odszkodowań i przekazywanie środków oraz materiałów do zabezpieczania mienia – szkoda tylko, że środków na te działania zawsze brakowało i brakuje nadal, a grupa niedźwiedziowa mająca być remedium na te problemy staje się ciepłym kącikiem dla najbardziej zasłużonych „ekologów”

Poprzedni potwierdzony śmiertelny atak niedźwiedzia w Polsce wydarzył się jesienią 2014 r. Zginął wówczas 61-letni mieszkaniec Olszanicy (powiat leski), a sprawę relacjonowaliśmy w artykule Gustka Burdy i Tadeusza Mirczewskiego na łamach  11/2015.

Fot. Bartosz Rakoczy/ Adobe Stock

Zabita przez niedźwiedzia kobieta była siostrą myśliwego. Redakcja BŁ składa najszczersze kondolencje zarówno bratu, jak i pozostałej części rodziny.