strona główna

Aktualności

Śmiertelny atak niedźwiedzia obnaża dysfunkcję systemu ochrony przyrody

Śmiertelny atak niedźwiedzia obnaża dysfunkcję systemu ochrony przyrody
Kwiecień 24 19:06 2026 Wydrukuj

Do śmiertelnego ataku niedźwiedzia doszło 23 kwietnia br. na Podkarpaciu. To był nieszczęśliwy wypadek, który mimo wszystko obnaża dysfunkcję polityki ochrony przyrody. Zdarzenie kładzie się cieniem w szczególności na obecnym Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz kierującej resortem Paulinie Hennig-Klosce, wobec której podczas najbliższego 56. posiedzenia sejmu będzie głosowany wniosek o wyrażenie wotum nieufności. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to konsekwencja zaniechań kilku poprzednich rządów. Racjonalnego i sprawnie działającego systemu zarządzania dużymi drapieżnikami jak nie było, tak nie ma i niestety nie zanosi się na zmianę.

 

Codzienność z niedźwiedziami

Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w lakonicznym komunikacie przekazanym w dniu zdarzenia za RDOŚ w Rzeszowie poinformowała, że wstępne informacje potwierdzają śmierć kobiety na skutek obrażeń doznanych „w wyniku kontaktu z niedźwiedziem”. Nie omieszkano przy tym nadmienić, że Gmina Bukowsko, na terenie której doszło do zdarzenia, „dotychczas nie występowała o zezwolenie na płoszenie niedźwiedzi ani na odstrzał”. Było to ewidentnie przezorne szykowanie gruntu pod przerzucenie odpowiedzialności.
 
Do ataku doszło w okolicy wsi Płonna. To teren dzierżawiony przez  KŁ „Jarząbek” w Sanoku. Kobieta wraz z dorosłym synem zbierała zrzuty w zwartym kompleksie leśnym, wprawdzie o powierzchni nieco ponad 2 tys. ha, ale położonym w granicach polnego obwodu łowieckiego, któremu daleko do miana optymalnego siedliska bytowania niedźwiedzi. Żadne to dzikie ostępy, jak głoszą niektóre media, chyba że z perspektywy mieszczucha. Teren jest chętnie uczęszczany zarówno przez przyjezdnych, jak i okolicznych mieszkańców, a poszkodowani nie byli zbłąkanymi turystami poza szlakiem, tylko miejscowymi, którzy znali dobrze okolicę, korzystali z tego co daje las i siłą rzeczy dzielili go z dużymi drapieżnikami. Jak ustalono w trakcie wizji lokalnej, podczas obchodzenia młodnika kobieta miała krzyknąć, że biegnie na nią jeleń, a za chwilę, że to jednak niedźwiedź, który szybko się zbliżył, śmiertelnie uderzył ją łapą i pobiegł dalej. Syn nie był tego bezpośrednim świadkiem. Ta wersja nie potwierdza szerzonych domysłów o samicy z młodymi. – Dużo tutaj niedźwiedzi i ludzi. Śmiertelny wypadek był nieunikniony, prędzej czy później musiało do niego dojść – kwituje jeden z naszych rozmówców.
 
Z granicy zwartego zasięgu występowania niedźwiedzi napływa coraz więcej zgłoszeń o aktywności tych drapieżników w otoczeniu człowieka. – Spotkania z niedźwiedziami lub śladami ich bytowania to dla nas codzienność. Od kilku lat w obwodzie „Jarząbka” bytuje na stałe kilka osobników, pojawiają się duże, stare samce. W zeszłym roku mieliśmy niedźwiedzicę z trzema młodymi. Wiemy o tym sąsiedztwie i nauczyliśmy się współżyć. Zdarzało się, że niedźwiedź kogoś pogonił, ale do tej pory nie doszło do ataku – mówią miejscowi myśliwi, którzy zastrzegają anonimowość. – Nie ma jednak wątpliwości, że niedźwiedzi jest tutaj za dużo i cały czas ich przybywa, młode osobniki migrują dalej na północ, zapuszczają się w okolice Krosna, Przemyśla, Dubiecka czy Dębicy, gdzie nie ma zwartych kompleksów leśnych – dodają.

 

Grupa interwencyjna

Nieco ponad miesiąc temu szumnie zainaugurowano projekt, którego celem jest ochrona niedźwiedzia oraz poprawa bezpieczeństwa mieszkańców Podkarpacia, współfinansowany w kwocie 13,6 mln zł (w okresie do końca 2029 r.) ze środków unijnych. Wypadek w Płonnej stanowi bolesną, ale dosadną recenzję tego konceptu. Jego praktyczny sprawdzian nastąpi zaś zapewne podczas tegorocznej majówki, kiedy tłumy turystów ruszą na bieszczadzkie szlaki. Okazja do zrobienia selfie z niedźwiedziami, które penetrują obszary zabudowane podobnie jak dziki warszawskie osiedla, nadarzy się pewnie nie raz.
 
Kiedy w Rzeszowie inaugurowano powyższy projekt, po drugim czytaniu w sejmie była już usilnie forsowana przez GDOŚ oraz MKiŚ mimo prawnych wątpliwości nowelizacja ustawy o ochronie przyrody, dopuszczająca użycie amunicji z gumowymi pociskami jako dodatkowego narzędzia odstraszania niedźwiedzi. Taka amunicja ma się pojawić na wyposażeniu członków powoływanej „specjalistycznej grupy interwencyjnej”, która jeszcze nie zaczęła działać – ruszyła dopiero machina przetargowa na zakup jej wyposażenia. Co ciekawe, wspomniana nowelizacja została zaproponowana przez Polskę 2050 jeszcze przed burzliwym rozpadem tego ugrupowania, a przedstawicielka dotychczas nieprzychylnych myśliwym wnioskodawców Elżbieta Burkiewicz uzasadniając proponowane regulacje nagle dostrzegła potencjał oraz kompetencje członków PZŁ do wsparcia systemu ochrony przyrody.
 
Sejm przyjął zmianę ustawy o ochronie przyrody i kilka innych z nią powiązanych 17 kwietnia br. Raczej mało kto z osób bardziej zorientowanych łudzi się jednak, że rozwiąże ona problem (o ile przejdzie przez senat i podpisze ją prezydent). Prędzej należy się spodziewać, że okaże się bolesną, oby również politycznie lekcją. Dlaczego? – Ktoś musi wreszcie odważnie powiedzieć, że na terenie Podkarpacia nie może być tak licznych populacji wilków i niedźwiedzi, nie ze względu na konkurencję z myśliwymi, ale bezpieczeństwo mieszkańców i turystów. Niedźwiedzie nie schodzą do zabudowań, bo nie mają co jeść w lesie, tylko szukają nowych terytoriów na przegęszczonym terenie – mówi jeden z naszych rozmówców, myśliwy, który również zastrzega swoje personalia. – To sprawa RDOŚ, nie PZŁ. Mamy zakaz wypowiadania się na ten temat – kwituje z kolei nemrod związany z organami PZŁ zapytany o ocenę sytuacji związanej z niedźwiedziami na Podkarpaciu.
 
Zagorzałym krytykiem „projektu niedźwiedziowego” jest poseł Andrzej Zapałowski (Konfederacja), wykładowca akademicki nauk o bezpieczeństwie. Zbiegiem okoliczności dwa dni przed atakiem drapieżnika wystosował do Regionalnego Konserwatora Przyrody w Rzeszowie pismo z apelem o natychmiastowe podjęcie działań w celu ograniczenia zagrożenia mieszkańców Podkarpacia ze strony wilków i niedźwiedzi, uczulając jednocześnie na ryzyko poniesienia odpowiedzialności z tytułu art. 160 Kodeksu karnego, który precyzuje konsekwencje narażenia ludzi na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Choćby z tego powodu sprawa niedźwiedzia z Płonnej przez organy ochrony środowiska nie raz zostanie zapewne odwrócona ogonem.

 

Niechciane strategie

Warto przypomnieć, że niedźwiedź brunatny był jednym z gatunków, dla których w ramach projektu koordynowanego przez SGGW w Warszawie, a dofinansowanego ze środków unijnych, już w 2011 r. przygotowano propozycję krajowego programu ochrony. Podobnie jak pięć pozostałych napisanych wtedy strategii (wilk, ryś, wydra, kormoran, żuraw),  opracowanie dotyczące niedźwiedzia nie spotkało się z przychylnością organów decyzyjnych i spoczęło w urzędniczych szufladach. Temat programów przygotowanych wówczas przez niezależne zespoły naukowców regularnie jednak powraca, bo przecież skala konfliktu z gatunkami podlegającymi ochronie rośnie. Był wałkowany również w latach 2014–2015, kiedy obecny dyrektor Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska Piotr Otawski zasiadał w fotelu głównego konserwatora przyrody Mikołaja Dorożały. Dziś obaj w imię ślepo wyznawanego ekologizmu poddają system ochrony przyrody kolejnemu testowi odporności.
 
Wina za aktualne problemy rozmywa się na kilka instytucji. MKiŚ permanentnie brnie w unikanie za wszelką cenę wdrożenia planu zarzadzania populacją drapieżników w Polsce – nie liczymy ich, nie redukujemy osobników problemowych, udajemy, że wszystko jest dobrze. GDOŚ z kolei nie kwapi się, aby przeznaczać istotne środki na zabezpieczanie mienia przed tymi zwierzętami, odmawia zgody na eliminację problemowych niedźwiedzi, a jeśli nawet zgodę wydaje, to jest ona obwarowana wieloma warunkami utrudniającymi jej realizację. Gdy zaś tylko zaszumią aktywiści, urzędnicy wycofują się z własnych decyzji. Na samym końcu mamy RDOŚ, który odpowiada wyłącznie za wypłatę odszkodowań i przekazywanie środków oraz materiałów do zabezpieczania mienia – szkoda tylko, że środków na te działania zawsze brakowało i brakuje nadal, a grupa niedźwiedziowa mająca być remedium na te problemy staje się ciepłym kącikiem dla najbardziej zasłużonych „ekologów”.
 
***
Poprzedni potwierdzony śmiertelny atak niedźwiedzia w Polsce wydarzył się jesienią 2014 r. Zginął wówczas 61-letni mieszkaniec Olszanicy (powiat leski), a sprawę relacjonowaliśmy w artykule Gustka Burdy i Tadeusza Mirczewskiego na łamach 11/2015.

 

Adam Depka Prądzinski, Fot. Bartosz Rakoczy/ Adobe Stock
 
Zabita przez niedźwiedzia kobieta była siostrą myśliwego. Redakcja składa najszczersze kondolencje zarówno bratu, jak i pozostałej części rodziny.

dodaj komentarz

0 komentarzy

Napisz komentarz

Uwaga! Aby dodać komentarz, musisz posiadać konto w serwisie braclowiecka.pl oraz być zalogowanym.